nauka siebie...

...nauka siebie to mozolna praca, robota z zakasanymi rękawami, z kroplami potu na czole, z połamanymi paznokciami, z resztkami lakieru, to cienie i worki pod oczami, to zapominanie o jedzeniu, to bicie się z myślami, to kręcenie się w kółko i nagle niespodziewane kroki do przodu, by chwile później znów pławić się w wielkiej frustracji i niezadowoleniu... to huśtanie się nad przepaścią... to odkrywanie, że fizyczne uderzenie boli też w środku, w duszy, w głowie aż huczy, mimo że ból ciała dawno minął...

... nauka siebie to stawanie po swojej stronie niezależnie od okoliczności, od opinii publicznej, to nie szukanie odpowiedzi dlaczego ktoś inny tak zrobił, to stawanie po stronie swoich emocji, tych świeżych, niecenzurowanych, to słuchanie swojej intuicji!

Joanna napisała tutaj o trującej złości duszonej w swoim środku, złości kiedy ktoś robi ci krzywdę, cierpisz, a ty nie pozwalasz sobie na wylanie tej złości w tym najbardziej odpowiednim momencie, czyli od razu...

też mi to chodzi po głowie,
ZŁOŚĆ WŚCIEKŁOŚĆ NIEZROZUMIENIE i moje duszenie się z tym...

stąpanie po niepewnym, nowym gruncie... trudno mi z tym... słabo jakoś... ale idę i nie cofnę się już, nie z miejsca, w którym jestem i do którego doszłam o własnych siłach, z własnymi kroplami potu i swoimi połamanymi paznokciami...

a jak jest morze złości, połączone jeszcze z poczucie bezsilności to odkładam analizowanie (chociaż na kozetce u Scotta Pecka bym poleżała, nawet dwa razy w tygodniu ;-)), racjonalizacje i wszystkie wydumane teorie, i JESTEM jestem z krwi i kości, z potem, bólem stawów, mięśni i pracuję fizycznie do granic, swoich granic, i nie chcę pomocy, chcę zmęczenia, chcę przemęczenia ciała, by zasnąć potem twardym, oczyszczającym snem i to daje mi poczucie sprawstwa, daje siłę na dalszą naukę...

i tak w tym szale powstały szafki - stare nowe, do nowego pokoju, do pokoju Małej Dziewczynki, gdzie dziecięce łóżeczko przestało pełnić swą funkcję, a wzrastanie dziewczynki wymusiło likwidację sypialni na rzecz pokoju dziecięcego !

a metamorfoza szafek wyglądała tak...
dawno temu uratowałam przed spaleniem dwie stare szafki ze szkolnej biblioteki, z pewnego wiejskiego gimnazjum... (gdzie nauczyłam się, że codzienna praca z kadra pedagogiczną to jednak nie moja bajka ;-))




po oszlifowaniu zmieniały miejsce pobytu dość często, wędrowały z salonu, do sypialni, gościły nawet w przedpokoju, a tym razem ich przeznaczeniem okazało się stanie się stolikiem przy nowym łóżku Małej Dziewczynki....
szlifowałam, kurzyłam, czyściłam i wreszcie pomalowałam...
na biało, sześć razy farba akrylową do drewna (i polecam sprawdza się idealnie, nie odpyskuje i dobrze wygląda,z matowym efektem), bo koncepcja bieli, czyszczenia, wygładzania i przestrzeni jaką ta biel daje dominuje u mnie...
szafki dostały też nowe uchwyty i stoją jedna na drugiej i są doskonałym stolikiem nocnym, na lampkę i książki na dobranoc... a poza tym małe szufladki to idealne miejsca na chowanie skarbów...





a o reszcie mojego rozładowywania frustracji i wściekłości w następnym poście....
d.


Komentarze

Popularne posty