samoleczenie...

ta jesień to taki nietypowy czas, czas kiedy zwalniamy, łapiemy oddech po burzliwym lecie, po upałach, duchocie, wakacjowaniu, urlopowaniu i wracamy do siebie, do rzeczywistości... jest bardziej nocnie niż dziennie, dni coraz krótsze i przesiadujemy dłużej w domu i co fajne z utęsknieniem wracamy do ciepłego domku po całym dniu pracy, po deszczach, wiatrach, mokrych liściach... wtedy jest najlepiej jak biorę koc, książkę, słuchawki lub pilota do łapy i sobie jestem.... w nowym moim naszym "salonie"... ;-)

w lecie się zaczęło u mnie trochę przygotowanie do tej jesieni, tak przewrotnie, pomysłem, że czas na odmianę dużego pokoju, gdzie telewizor, kanapa, szumnie nazywanym salonem ;-)

po perturbacjach życiowych, decyzja przyspieszyła i tak, czas na malowanie i zmianę!

ostatnio mam tak, tradycyjnie już można rzec, że jak w życiu mam zawieruchę, natłok problemów, ucinanie relacji, przemeblowanie w życiowych priorytetach to muszę, dosłownie czuję przymus, by w domu też chociażby przemeblować, przestawić, a jak jest czas, środki na koncie to i większy bałagan zrobić... trochę to autoterapeutyczne, ale najważniejsze że działa - działa na skołatane nerwy i pomaga!

moja babcia H. miała słabość do mebli na wysoki połysk, i mam nadzieję, że cieszy się, że jej toaletka dostała nowe życie i teraz ja będę z niej korzystać, chociaż w zupełnie innej postaci...
już świtała mi w głowie koncepcja zmian w całym pokoju, a że środki finansowe bardzo ograniczone, a i miłość do rękodzieła wielka, postanowiłam sama coś zmalować.
wiedziałam, że ma być na biało i jakoś tak...
kłopot polegał na tym, że nasz telewizor nie miał swojej bazy, czegoś, na czym by spokojnie sobie stał i pełnił swą funkcję z dumą!
bach i padło na toaletkę właśnie, lustro niestety poszło w zapomnienie, a szafką zajęłam się sama... jeszcze letnią porą....


rozprawienie się z wysokim połyskiem, okazało się nie takie straszne, papier ścierny, szlifierka i poszło... i fakt, że mam ojca stolarza, nie jest bez znaczenia, dzięki tato!!!




a potem malowanie, farba oczywiście akrylowa do drewna i metalu, biała, wałek welurowy i kilka warstw zmalowane...


stare uchwyty zostawiłam..



we wspomniane już wakacje byłam też z wizytą na moim magicznym strychu, a tam odkryłam w zapomnianym, pełnym pajęczyn i innych gratów kącie, stary stół, a że byłam w okresie poszukiwań takiegoż mebla do pokoju, to wybór był oczywisty. znalezisko okazało się gratem totalnym, cztery nogi, porozklejane, rozjechane, brak rozsuwanego blatu, a wierzchni blat w naprawdę kiepskiej formie, jak wytargałam go na światło dzienne to ręce mi opadły, ale tylko na chwilę...nie poddałam się...


z pomocą przyszedł tato, nogi posklejał, powzmacniał i zajęłam się szlifowaniem, gorzej było z blatem. środek blatu pokryty dziwnym czymś, jakby tkaniną i do tego totalnie sfilcowaną, ale szlifierka dała radę, a większe ubytki zniknęły dzięki szpachli samochodowej sąsiada, efekt jaki powstał to jednak nie idealna gładkość, bez jakichkolwiek nierówności. I znowu z pomocą przyszła biała farba i wałek i tak powstał stół drobnymi ubytkami naznaczony, co by nie było jednak - stary drewniany stół, ze swoją osobowością, a nie jakiś tam mebel z sieciówki, czyli mam stół, jaki chciałam...


do zabezpieczenia drewnianych nóg użyłam impregnatu do drewna, nieco śmierdzący podczas malowania, efekt bez połysku. Tak więc nogi zakonserwowane i z widokiem, że to drewno i z ładnym odcieniem, czyli tak jak chciałam ;-)



z rozpędu, dorwałam jeszcze, najpierw stare drewniane krzesło mojego dziadka, wyszlifowałam, zaimpregnowałam i włala!



i uwielbiam te ślady użytkowania, ma to swój czar i niepowtarzalny urok...


no i Moniki nie mogło zabraknąć, bo teraz często to jej siedzisko i legowisko...




oraz stary stołek, od moich rodziców, drewniany, składany, który pamiętam z dzieciństwa, jak służył chociażby jako fotelik fryzjerski...



podsumowując, rozpoczęte w lecie renowacje starych gratów, dały gotowe meble do nowego "salonu".
wystarczyło pomalować ściany - biały i gotowe!


powyżej jest i stołeczek, jako kwietnik ;-)


i jest biało...
co dała ta biel?
przestrzeń, poczucie większej swobody, czyli autoterapia udana, a ja w pełni usatysfakcjonowana!



potrzebne mi było to odświeżenie, ta zmiana, zamalowanie kolorów, rozprawienie się z przeszłością, bo teraz oddycham głębiej, jest luźniej i bardziej siebie tu czuję! chociaż to tak naprawdę ciągły proces, bo jeszcze lampa stojąca czeka na swoją kolej, jeszcze coś na ścianę by się przydało, jeszcze podłoga i tak dalej.i tak dalej... ale to jest właśnie najcudowniejsze.... ciągła chęć działania...


a sercem "salonu" jest niewątpliwie stół:
- do śniadań, obiadów, kolacji, kawy, czytania gazety, malowania, rysowania, układania i gadania...
a i goście stół już przetestowali ;-)



no to by było na tyle, uff!
i refleksja taka na szybko, masz problemy, doły, depresje czy inne ciemne dziury - odnów coś starego, zamaluj, przemebluj i zobaczysz inne światło!!!
d.





Komentarze

  1. zawsze podziwiam zdolności osób, którzy z niczego potrafią zmajstrować, przemienić w coś niesamowitego .....

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty